lip 20 2010
Nadzieja w łupkach
Gaz ze skalnych łupków stał się nową polską nadzieją. Jego złoża na naszym terenie są różnie szacowane. Te najbardziej optymistyczne mówią o wielkich możliwościach i dużym bogactwie. Te bardziej pesymistyczne nie wróżą żadnych rewelacji. Ale faktem jest, że w USA opracowano technologię do jego wydobywania. Kilka firm zza oceanu wykupiło koncesje w Polsce, a jedna z nich już rozpoczęła próbne odwierty. To wszystko sporo kosztuje. A amerykańskie przedsiębiorstwa nie szastają pieniędzmi na marne. Coś więc musi być na rzeczy!
Gaz łupkowy, czyli jaki?
Jest to taki sam gaz ziemny, jaki na co dzień zużywamy w naszych domach czy w przemyśle. Różnica polega na sposobie wydobycia. Dotychczasowe sposoby polegały na dowiercaniu się do naturalnie powstałych zbiorników gazu, na tyle dużych, że ich wydobycie jest opłacalne. Natomiast w otoczeniu skał łupkowych występuje bardzo dużo gazu, ale rozproszonego w licznych szczelinach. Z uwagi na to rozproszenie jego wydobycie metodą prostych odwiertów nie przynosi efektów.
W ostatniej dekadzie kilka małych firm amerykańskich wspieranych finansowo przez rząd w Waszyngtonie, metodą prób i błędów, wypracowało sposób wysysania gazu z warstw skał łupkowych. Jest to tzw. szczelinowanie hydrauliczne. Najpierw dokonuje się odwiertu pionowego na głębokość 1-3 km w głąb. Tam robi się kolejny kanał, ale już poziomy. Dokonuje się w nim mikrowybuchów, które tworzą pierwsze szczeliny. Następnie w nie wpompowuje się pod dużym ciśnieniem płyn, który w 99,5 proc. składa się z wody i piasku. Pozostałą część stanowią chemikalia, których rodzaj jest tajemnicą wynalazców.
Ten płyn poszerza sieć kanalików w skale, często nawet o średnicy 1 mm, przez które wypływa gaz. Zbiera się on w głównym kanale i stamtąd wydobywany jest na powierzchnię.
Amerykanie prowadzone badania i ich efekty trzymali w tajemnicy przez lata. Wiadomo, że przełom nastąpił w okresie 2006-2007. Wtedy w USA zaczęto wydobywać gaz tą metodą na skalę przemysłową. W 2008 r. z rozproszonych złóż w skałach łupkowych pozyskano 43 mld sześcienne gazu. Władze w Waszyngtonie planują, że w ciągu 10 najbliższych lat będzie się z tego źródła pozyskiwać 129 mld sześciennych rocznie.
W Estonii wydobywa się w ten sposób ropę naftową, która też występuje w łupkach.
Polska gazowym eldorado?
O tych osiągnięciach świat oficjalnie dowiedział się dopiero jakieś pół roku temu. Wtedy okazało się, że kilkanaście dużych firm zza oceanu wykupiło już w Polsce koncesje na badanie i wydobycie gazu tą metodą.
Według najbardziej optymistycznych szacunków amerykańskich na naszym terytorium ma być nawet 3 bln m3 gazu. To byłoby dokładnie tyle ile wynoszą obecne konwencjonalne zapasy gazu w Iraku. Złoża ciągną się szerokim pasem od Pomorza Gdańskiego przez północne i wschodnie Mazowsze, północną Lubelszczyznę, aż po granicę z Ukrainą.
Polscy geolodzy, którzy dobrze znają strukturę skał występującą na tych obszarach twierdzą, że gazu może być tylko 10 proc. tego, o czym mówią Amerykanie. I nie jest pewne, czy takie wielkości będzie się opłacało wydobywać nawet tą nową technologią.
Ale nabywcy koncesji nie czekają. W okolicach Gdańska, gdzie mają być największe złoża, już rozpoczęto pierwsze próbne odwierty. Podobne badania firmy te prowadzą na terenie Ukrainy, Węgier i Rumunii. A to kosztuje. Skoro podejmuje się ryzyko finansowania próbnych odwiertów nadzieje na pozytywny efekt muszą być duże.
Problemy nie tylko ze środowiskiem
Takie próby przeprowadzono już w południowej Szwecji. Koncern Shell dokonał odwiertów i oświadczył, że pozwolą one zaspokoić potrzeby na energię tego kraju przez 10 lat. Plany wydobycia spotkały się z protestem ze strony koalicji miejscowych socjaldemokratów i zielonych. Zapowiedzieli oni oficjalnie, że jeśli wygrają najbliższe wybory nie dopuszczą do wydobycia gazu z łupków.
Temat ten pojawił się też w kampanii prezydenckiej w Polsce. Podczas spotkania wyborczego w Londynie Bronisław Komorowski powiedział, że wydobywanie tą metodą gazu prowadzić będzie do olbrzymiej degradacji środowiska, porównywalnej z kopalniami odkrywkowymi np. węgla brunatnego.
Marszałek Sejmu pomylił się w ocenie, ale rzeczywiście pewne zagrożenie dla środowiska może występować. Chodzi o skażenie wód głębinowych. Płyn używany w technologii eksploatacji gazu z łupków składa się nie tylko z naturalnych elementów, jak woda i piasek, ale też z chemikaliów. Ich skład nie jest znany. Biorąc pod uwagę, że są one wpompowywane w odwierty na głębokości 1 do 3 km w głąb, istnieje realne ryzyko, że mogą one dostać się do systemu wód i je skazić.
Ewentualne nowe źródła surowców energetycznych zagrażają różnym interesom. W tym też opłacalności takich inwestycji, jak np. Gazociąg Północny. Argument ochrony środowiska może więc być poważnym narzędziem, prawdziwym lub wydumanym, powstrzymującym zastosowanie amerykańskiego wynalazku na większą skalę. Tym bardziej, że ekologia w Unii Europejskiej często jest podnoszona wręcz do rangi drugiej religii.
Trzeba kilku lat, aby zaplanowane odwierty zostały zrealizowane, a ich wyniki pozwoliły zweryfikować szacunki i zwykłe spekulacje. Ale jeśli nawet najbardziej wstrzemięźliwe przewidywania się potwierdzą, co jest prawdopodobne, przed Polską otwiera się duża szansa. Tym bardziej, że koncesje posiadają także duże polskie firmy kontrolowane przez państwo: PKN Orlen i PGNiG. Ta ostatnia na poszukiwania przeznaczyła w swoim budżecie 100 mln zł. Stwarza to realne możliwości, abyśmy w tej sprawie nie byli skazani tylko na opinie zewnętrzne. Nasze przedsiębiorstwa mogą np. w kooperacji z amerykańskimi, które posiadają odpowiednie technologie, prowadzić wydobycie. Ze skał łupkowych można też odzyskiwać ropę naftową, co pokazuje przykład estoński. A jak wiadomo takie złoża u nas również istnieją. Potrzebna jest dobra wola polityczna i zdecydowane działanie państwa. A bardzo szybko okaże się, że Polska to ciągle kraj dużych możliwości.
Bogusław Kowalski
Artykuł ukazał się w tygodniku katolickim „Niedziela” nr 26/2010